Monday, 27 September 2010

Hannah's Montessori Manifesto

Hani manifest montessoriański

So Mum and Dad fell in love with Maria Montessori. Well, Mum especially - with enthusiastic squeels and head nodding, Dad - more with some background positive grunting, but still...
I actually quite like Ms. MM too, except she's not very easy to play with as she's long dead.
Good job she managed to write some of her ideas in books and put them in practice before she died, otherwise I would have had to struggle to explain alllll those things to Mum and Dad about me all by myself... Thank you Madamme Montessori for being my voice :)

Anyway, in a nutshell - Ms. Montessori has taught Mum and Dad that:
- I'm a complete human being, not some sort of a tabula rasa to be imprinted -> phew... It means I have my own path of development and interests, I have my own timing and I am already what I was meant to be - hence I deserve respect and serious treatment like anyone else. Right. And I deserve time and no prompting.
- I can learn things on my own and out of my own initiative. The voice of my generation to Mum and Dad's generation is "Help me do it on my own". - so... stop doing things for me. Rather - be more of a companion than a teacher. I might be clumsy but I'm not incompetent :) Create the environment in which I can learn to be independant - this will boost my self-confidence and self-respect more than Mum and Dad's praise. No offense of course :)

- Prepared Environment - is what I need. A place, where I can reach for what I want (low shelves, low hanging pictures etc), in the size suitable for me (little furniture, little house-equipment right for my hands) and in good order (few toys nicely presented rather than heaps of stuff all over the place - hmmm quite a challenge ;)

- Sensitive periods and concentration - I have times of super special sensitivity for aquiring specific new skills. When the right time comes - I will do the same thing over and over and over again. For minutes, hours, days or weeks. I will chose to do it and will not stop till satisfied, and then possibly never touch it again. This is when my learning is fastest and with the greatest joy and satisfaction. Have you ever seen me so absorbed and concetrated on something (putting in and out, going up and down, banging, pouring, drawing, reading, climbing etc) that even the idea of a chocolate biscuit (or a lovely apple - for political correctness ;) wouldn't pull me away? Well, that's what I mean. A sensitive period. A flow. What I need then is peace and quiet. No commenting, no praising, no helping or offers of companionship. Just let me do my work like you like to do yours when you're super concentrated.

- and last (for now), but not least - I love the real thing and I love beauty. Given a choice - I will always go for a real horse over a stick pretending to be one. I will always prefer to bath my doll in the real water than in the imaginary one (not to mention I would surely prefer a real baby over a doll ;-)). And I love beautiful things, I love art, I can learn to handle china and glass. Given a chance :)
Are you still here?? ;-) Phew... Enough theory for now. Time to move to practice! In the next episode let me tell you how with the help of Mum and Dad we turned the house upside down. The Montessori way ;-)

Mama i Tata zakochali się w Marii Montessori. To znaczy szczególnie Mama - z entuzjastycznym popiskiwaniem i kiwaniem głową. Tata - raczej wydając z siebie pozytywne pomruki z drugiego planu, ale jednak.
Ja w sumie też lubię Panią MM, tyle że ciężko się z nią pobawić, bo już od dawna jest martwa. Dobrze, że zdążyła zapisać w książkach swoje pomysły i je popraktykować, bo inaczej byłabym zdana na samodzielne wykładanie Mamie i Tacie racji na swój temat. Podziękowania dla Madamme Montessori za mówienie moim głosem :)

Tak czy inaczej - w dużym skrócie - Pani Montessori nauczyła Mamę i Tatę, że:

- jestem skończoną osobą, a nie jakąś tabula rasa do zapisania - uffff...
Znaczy to, że mam własną drogę rozwoju i zainteresowania, mam swój czas na wszystko i już jestem Tym Kim Mam Być - stąd należy mi się szacunek i poważne traktowanie - jak każdemu innemu. Należy mi dawać czas i nie popędzać. Ot co.

- potrafię się uczyć samodzielnie i z własnej inicjatywy. To co moje pokolenie chciałoby powiedzieć pokoleniu Mamy i Taty to "Pomóż mi to zrobić samodzielnie" - tak więc... przestańcie robić wszystko za mnie. Bądźcie bardziej moimi towarzyszami niż nauczycielami. Być może bywam niezdarna, ale nigdy niekompetentna :) Stwórzcie mi za to otoczenie, w którym mogę uczyć się niezależności - to wzmocni moją pewność siebie i szacunek do siebie bardziej niż pochwały Mamy i Taty. Bez urazy oczywiście :)

- przygotowane otoczenie - tego mi trzeba. Czyli miejsca gdzie mogę sięgnąć po to co chcę (niskie półki, nisko wiszące obrazki itd), gdzie rzeczy mają wymiary odpowiednie dla mnie (małe meble, małe sprzęty odpowiednie dla moich rąk) i są uporządkowane (niewiele zabawek ładnie zaprezentowane na półkach, a nie stosy wszystkiego wszędzie - hmmmm to będzie wyzwanie ;)


- wrażliwe okresy i koncentracja - miewam okresy super wyjątkowej wrażliwości do nabywania pewnych umiejętności. Kiedy nadejdzie taki czas - będę powtarzać w kółko i bez przerwy tę samą czynność. Przez minuty, godziny, dni lub tygodnie. Sama wybiorę tę czynność i nie przerwę jej aż nie poczuję się usatysfakcjonowana, a potem być może już nigdy do niej w ten sposób nie wrócę. W tych okresach moje uczenie się jest najszybsze i z największą radością i satysfakcją. Czy widzieliście mnie kiedyś pochłoniętą i skoncentrowaną na czymś (wkładania i wyciąganie, wchodzenie i schodzenie, stukanie, przelewanie, rysowanie, wspinanie się itd) do tego stopnia, że nawet kuszenie czekoladowym ciasteczkiem (tudzież pysznym jabłkiem - dla politycznej poprawności ;) nie było mnie w stanie od czynności oderwać? O to właśnie mi chodzi. Wrażliwy okres. Popłynięcie. To czego mi wtedy potrzeba - to świętego spokoju. Nie komentować, nie chwalić, nie pomagać, nie napraszać się towarzysko. Tylko dać mi pracować w spokoju tak jak każdy lubi, gdy się wyjątkowo skoncentruje.

- i na koniec (póki co ;) - kocham Rzeczy Prawdziwe oraz Piękno. Jeśli dać mi wybór - to zawsze wybiorę prawdziwego konia, a nie patyk, który go udaje. Zawsze będę wolała kąpać lalę w prawdziwiej, a nie w wyobrażonej wodzie (nie mówiąc o tym, że wolę prawdziwego dzidziusia niż lalę ;-)) Kocham też rzeczy piękne, sztukę, mogę się nauczyć obchodzić z porcelaną i szkłem. Jeśli da mi się szansę :)

Jesteście tu jeszcze?? ;-) Ufff... Wystarczy teorii na jeden raz. Czas popraktykować. W następnym odcinku słów kilka o tym jakeśmy z Mamą i z Tatą chałupę na głowie po montessoriańsku stawiali :)

Ireland 2010

Irlandia 2010
Surrounded by love, water and sand...
Otoczona miłością, wodą i piaskiem...

Friday, 24 September 2010

Officially dry bum

Oficjalnie z suchą dupką


So I have been de-nappy-fied! Or maybe I have denappyfied myself? Given a chance, a potty and a little encouragement and voila. Timing is everything, that's my theory.
I have to admit that some colourful knickers with Kitty came as a big bonus and motivation! They give me a whole new universe of play to explore. I try to include Mum and Dad so that they wouldn't feel too left out. Except Dad refused to be photographed, mummbling something about a reputation to be kept or something... Well, just for the record - he was wearing the spotty one ;-)

Tak więc zostałam odpieluchowana! A może raczej sama się odpieluchowałam? Wszystko czego mi trzeba było to dobrej okazji, nocnika i troszkę zachęty - no i voila. Jest odpowiedni czas na wszystko, tak sobie myślę.
Przyznaję jednak, że stosy kolorowych gatek z Kitty zadziałały bardzo mob
ilizująco! Dają mi one zupełnie nowe przestrzenie zabawy do eksploracji. Staram się włączać w nią Mamę i Tatę, żeby się nie czuli wykluczeni. Tyle że Tata z jakiegoś powodu nie chciał się dać sfotografować, mamrocząc coś o reputacji i takich tam... Hmm, tak dla pamięci więc - wdział te w kropeczki ;-)

Sunday, 5 September 2010

Like a mountain goat

Niczym górska kozica


Sooo interesting to be still in the age when I'm doing a lot of things for the first time...

> First observed wedding :) - Gabrysia - commonly known as Gaga - is out of the market ;-) Wedding was good - pretty dress (mine and Gaga's ;)), baggy tights (silly Mommy followed the tag size and didn't even bother to check if it actually matches my tag size... sigh...), eating only milk for 3 days out of excitement of travelling and new routines, flirting with most of the present males (and females for that matter) and sending them cutie smiles and feeding them grapes

> First mountain hike. As Gaga comes from Bieszczady, Mom and Dad felt they had to prove something to someone and actually go hiking. Well, as some of you may know - they are not great into physical effort and sweating. Well... There was a lot of physical effort and sweating. And apparently it was the easiest shortest route one could take... Still - I loved it (and so did they in the depth of their hearts!). I spent most of the hike on Daddy's back which helped me control my sweat level nicely, thank you :)

> First lollypop. Offered by the nice chap from the mountain hostel. You just can't say no. Turned out to be loverly to suck and twirl in the pig tails, oh yeah.

> First film marathons... I think Mom and Dad are trying to make me into a cinematography connoisseur. 5 hrs of dvd watching + 2 hrs of sleeping and there I was home again.

Super być w wieku, w którym ciągle jeszc
ze robi się rzeczy po raz pierwszy w życiu!

> Pierwsze wesele :) - Gabrysia - powszechnie znana jako Gaga - wypadła z rynku ;-) Ślub był fajny - ładna sukienka (i moja i Gagi), podwijane rajstopki (Mamusia popatrzyła na rozmiar z metki, ale nie przyszło jej do głowy, o naiwności, sprawdzić jak ta metka ma się do moich realnych wymiarów... wzdech...), jedzenie tylko mleka przez 3 dni tytułem reisefieber, flirtowanie ze wszystkimi obecnymi panami (i paniami również, tak dla ścisłości), słanie im uśmieszków i karmienie winogronami


> Pierwsze wspinanie się w górach. Jako że Gaga pochodzi z Bieszczad, Mama i Tata postanowili coś komuś udowodnić i, uwaga uwaga, rzeczywiście iść w góry... Jak niektórzy być może wiedzą, fizyczny wysiłek oraz pocenie się nie są ich najmocniejszą stroną. No cóż... Było dużo fizycznego wysiłku i pocenia się. I ponoć to była najprostsza i najkrótsza trasa... Tak czy inaczej - ja byłam zachwycona (i w głębi serca - oni też!). Spędziłam większość wędrówki u Taty na plecach, co pozwoliło mi na ścisłą kontrolę własnego poziomu spocenia :)

> Pierwszy lizak. Zaoferowany przez miłego Pana ze schroniska. Tego się nie odmawia. Okazał się być wspaniały do ciamkania oraz wkręcania w kucyki, oh yeah!


> Pierwsze filmowe maratony... Myślę, że Mama i Tata chcą ze mnie zrobić rasowego kinowego konesera. 5 godzin oglądania dvd, 2 godziny spania i już byłam z powrotem w domu.