Friday, 11 June 2010

Up...

Odlot...

Using a pretext of Children Day my reckless and irresponsible parents shoved me into a Gawron and sent me up in the cosmos! Well, not all by myself, but with Andrzej-the-Superpilot, Magda and Gosia and my Mom of course.And I truly loved it! There was a moment of crisis just at the take off with the full power on, as Gawron is not the most quiet of aeroplanes. There was a lot of ears holding and "nie nie nie nie" meowing. But then I was ok and happy, pointing at brrrrrr cars, waving to the fields and sending kisses to the trees. Outraged and disappointed face when we were taxing back ;-)
On the more general note - I've always had an aeroplane/glider/helicopter/airliner detector built in. At the vaguest sound of an engine I would jump up, pointy finger straight in the air and demand to be taken to the window for a follow-up observation. But now... Well now all the above is accompanied by a wild squirrel sqeel of excitement ;-)


Pod pretekstem dnia dziecka moim beztroscy i nieodpowiedzialni rodzice wrzucili mnie do Gawrona i wysłali w kosmos! Nie samą oczywiście, ale w towarzystwie super-pilota-Andrzeja, Magdy i Gosi oraz oczywiście Mamy.
Ale mi się podobało! Miałam co prawda moment kryzysu zaraz przy oderwaniu od ziemi i pełnej mocy silników - ale to dlatego, że Gawron nie należy do najcichszych samolotów. Było wtedy dużo trzymania się za uszy i miauczenia "nie nie nie nie". Ale potem już było super. Pokazywałam brrrr samochody, machałam do ziemi i wysyłałam całusy drzewom. Oraz miałam wyjątkowo wkurzony i rozczarowany wyraz twarzy przy końcowym kołowaniu. To już?
A tak w ogóle, to ja od zawsze miałam wbudowany wykrywacz samolotów/ szybowców/ helikopterów/ liniowców. Na najcichszy dźwięk silnika reagowałam entuzjastycznie wyskokiem z pozycji spoczynkowej, wyciągniętym w niebo palcem wskazującym i natychmiastowym żądaniem zabrania do okna w celu obserwacji. A teraz... No cóż, teraz do tego wszystkiego dołączył pisk wściekłej wiewiórki z podniecenia ;-)

Flies and the rest

Czyli o muchach i takich tam

OK, I admit it. I may have an issue with flies... I might be slightly overreacting. But only slightly and in any case - I'm much better now than I used to be... Initially, after spotting a fly I would run for life screeming, shouting and throwing arms in the air. Then me and Mom had a bit of behavioural therapy with a special emphasis on conditioning of who is "sooooo big" and who is "sooooo tiny tiny" in the-me-and-the-fly relationship. Then I was introduced to a highly effective "shoo!" defense technique which I'm practicing these days adding a little oral emphasis to intimidate the offender.
If I said I had a similar hysterical reaction to... biro marks that I accidentally leave on my skin after drawing, you may think I'm not a fully reasonable person. And I wouldn't want that... ;-)

No dobra, przyznaję, że mam pewiem problem z muchami... Może i troszkę przesadzam. Ale tylko troszkę, a poza tym tak czy inaczej - już i tak teraz ze mną jest dużo lepiej... Początkowo widząc muchę wiałam natychmiast z dramatycznym wrzaskiem, lamentem i niekontrolowanym wyrzutem kończyn. Potem Mama i ja praktykowałyśmy terapię behawioralną, ze szczególnym uwzględnieniem warunkowania na temat tego kto w mojej relacji z muchą jest "taaaaaaki duży", a kto jest "taaaaki malutki malutki". Zapoznano mnie także z wyjątkowo skuteczną techniką obrony "siooo!", którą to zawzięcie praktykuję, dodając sobie animuszu werbalnie, w celu onieśmielenia napastnika.
Gdybym powiedziała, że miewam równie histeryczne reakcje na widok... śladów długopisu na mojej skórze, które niechcący bywa że się pojawiają po rysowaniu, moglibyście mnie uznać za osobę nie w 100% racjonalną, a tego byśmy nie chcieli... ;-)