Wednesday, 30 September 2009

About falling asleep

O zasypianiu


Falling asleep is a tricky business. I have trained up the whole family to do their duties around me when the sleeping time comes. They are expected to do at least one of the following:
- stroke my back
- do the foot massage
- ensure the little fingers sucking (except it's the Mom who's doing the sucking as my face is full of a dummy)
- carry in the wrap (especially when I'm unwell)
- roll me over on the parents bed
- go off-road with the pram
- go off-road in the car... but this is the last of the last resorts...

Zasypianie to ciężka sprawa. Wytrenowałam całą rodzinę w pełnieniu obowiązków około-zasypianiowych. Oczekuję, że będą zwarci i gotowi i kiedy czas nadejdzie - wykonają przynajmniej jedną z następujących czynności:
- głaskanie po pleckach
- zrobienie masażu stopki
- ssanie małych paluszków (z uwagą, że ssaniem zajmuje się Mama, bo moja buzia jest zajęta smoczkiem)
- noszenie w chuście - szczególnie gdy jestem chora

- turlanie się ze mną po łóżku rodziców

- jazda wózkiem po wertepach

- jazda samochodem po wertepach... ale to już ostatnia z ostatnich desek ratuncki...

Friday, 11 September 2009

Been to Hel and back ;-)

Na Hel i z powrotem

We've been to Hel... :-) Or, to be more precise - in Jurata on Hel Peninsula. It was sunny, calm, with empty beaches and cold sea the Brrrrraltic. We had Hel-of-a-time! :-D
We seem to have hit the pensioners' season on spot :) Lots of grannies chatting me up and peeping from above the windbreakers.












It was a proper holiday - fish and chips every day, wafers with whipped cream, lots of sand in the nappy, feet in water (Daddy did the whole body in the Baltic!) and seals/fish/turtles in the oceanarium.

Byliśmy na Helu. A raczej, dla ścisłości - w Juracie na Półwyspie Helskim. Było słonecznie, spokojnie, puste plaże i zimny Brrrrrrałtyk.
Udało nam się trafić w sam środek emeryckiego sezonu :) Mnóstwo babci mnie zagadywało i zerkało znad parawanów. To były prawdziwe wakacje - codziennie rybka i gofry z bitą śmietaną, pełno piachu w pieluchach, nogi w wodzie (Tata zanużył się cały!) i foki/rybki/żółwie w oceanarium.



Saturday, 5 September 2009

About mobility

Coś o mobilności...


I am everywhere! I have to admit that recently I have perfected my mobility skills and I use a vicious combination of different techniques to get me where I want with the speed of light.

I use my oldschool seal-slide when I need to get somewhere quickly and imperceptibly. It is very useful on slippery surfaces - like the wooden floor of the living room or the tiles in the kitchen. This technique I find especially handy when Mom opens the fridge and I have no time to waste to get to it before it gets closed again. So I plunge into a frantic seal-slide and quite often am succesfull!
It also comes in handy when some precision work needs to be done on the floor, like inspecting the contents of Mom's handbag.

My other technique is crawl-on-four. The first few steps were made in Ireland, then forgotten. Then Mom trained me up on the grass in the garden, where the seal-slide was confronted with a strong surface resistance ;-) I had to retreat to more evolutionary sophisticated means of transporting myself :-) Since then - wherever I go - I crawl.

However, I do not crawl very far these days. Due to my newest favourite technique - wobbly on two leggies - I only crawl to the closest vertical surface... Then I switch into a climbing mode and I go up and down and up and down and up and down... Practice makes perfect! I know now how to gently lower my bum, not to go down with a big donk like a sack of potatoes ;) I also know how to keep my head up and squint my eyes in anticipation, when inevitably falling down. I can reach shelf three (counting from the floor level), turn the radio up and down, and climb up 2 stairs.
I would be lying if I said I move on my two leggies with agility and grace... It's rather my top moving, and my bottom being dragged on with the willpower. But my willpower is made of steel!


Wszędzie mnie pełno! Przyznaję bez bicia, że w ostatnim czasie dalece udoskonaliłam swe umiejętności motoryczne i stosuję zabójczą mieszankę technik żeby dotrzeć z prędkością światła tam gdzie dusza zapragnie.

Używam wię old-schoolowej techniki ślizgu-foczki gdy potrzebuję dotrzeć gdzieś szybko i niepostrzeżenie. Jest ona bardzo przydatna na powierzchniach śliskich - jak drewno w salonie lub płytki w kuchni. Technika ta jest wyjątkowo użyteczna gdy Mama otwiera lodówkę - nie mam wtedy ani sekundy do stracenia zanim drzwiczki zamkną się ponownie. Rzucam się więc w szaleńczy ślizg-foczki i nierzadko odnoszę sukcesy! Technika ta jest również przydatna gdy potrzeba wykonać jakąś wysoce precyzyjną pracę na podłodze - typu inspekcja zawartości torebki Mamy.

Moją kolejną techniką jest raczkowanie na czterech łapkach. Pierwsze kilka kroków wykonałam w Irlandii, ale szybko zapomniałam jak to się robi. Potem wyszkoliła mnie Mama na trawie w ogrodzie - tam ślizg-foczki musiał stawić czoła silnemu oporowi podłoża. ;-) Musiałam się więc uciec do bardziej wyszukanych ewolucyjnie form przemieszczania się :-) Od wtedy - gdziekolwiek idę - raczkuję.

Tyle, że ostatnimi czasy nie raczkuję zbyt daleko. Ze względu na moją nową ulubioną technikę - chybotliwie na dwóch nóżkach - raczkuję tylko do najbliższej powierzchni pionowej. Potem przełączam się na tryb wspinania góra, dół, góra, dół, góra, dół... Praktyka czyni mistrza! Umiem już delikatnie obniżyć kuperek, żeby nie rypnąć na podłogę jak worek ziemniaków ;) Wiem też jak trzymać głowę w górze i zmrużyć oczy przewidując nieunikniony upadek. Sięgam też już do trzeciej półki (licząc od podłogi), daję radio ciszej i głośniej (bardzo głośno...) i włażę na dwa schodki.

Kłamałabym twierdząc, że poruszam się na dwóch nogach z lekkością i gracją... Porusza się w bok moja góra, natomiast mój dół jest wleczony siłą woli. Ala wolę to ja mam ze stali! :-)