Wednesday, 25 February 2009

I love Babcia Dana!

Kocham Babcie Dane! :-)



Granny Dana has a Special Day today! I'm not very good with special days yet, only experienced one Christmas so far, but this one is super super special, I'm told. So I'd like to use this occasion to say how much I love her! Babcia Dana is great for numerous reasons, just to name a few:
  • loving me no matter how much I cry
  • making me realise that I hate having hiccups
  • lifting my bum-not-too-high on the changing table (everyone knows bum-too-high is a certain hiccup... ;-))
  • showing me birds outside and making sure they don't die of starvation
  • teaching me how to cook
  • stealing me from my Mom and Dad at 6 am on Saturdays and having grand time together afterwards
  • putting me on nice soft cushions which I love (when Mom isn't looking as she claims it's bad for my back, but what does she know!)
  • being proud of me
This flower is for you, Baba Dana :-)

Babcia Dana ma dzisiaj swój Specjalny Dzien! Co prawda nie mam jeszcze wielkiego rozeznania w kwestii specjalnych dni, znam sie tylko na Bozym Narodzeniu, ale ten dzisiejszy dzien jest naprawde bardzo bardzo wazny. Tak mowi Mama. Skorzystam w zwiazku z tym z okazji zeby powiedziec jak bardzo Ja kocham! Babcia jest super z wieeeelu powodow, z ktorych najwazniejsze to:
  • kocha mnie bez wzgledu na to ile placze
  • uswiadomila mi jak bardzo nie znosze czkawki
  • na przewijaku podnosi moja pupe-nie-za-wysoko (kazdy przeciez wie, ze pupa-za-wysoko nieuchronnie prowadzi do czkawki... ;-))
  • pokazuje mi ptaszki na dworze i dba o to, zeby nie wymarly z glodu
  • uczy mnie gotowac
  • uprowadza mnie od Mamy i Taty o 6 rano w soboty i potem sie swietnie razem bawimy
  • kladzie mnie na miekkich poduszkach co uwielbiam (ale tylko jak Mama nie patrzy, bo ona uwaza, ze to niedobre dla mojego kregoslupa, ale co tam ona wie!)
  • jest ze mnie dumna
Tamten kwiatek jest dla Ciebie, Baba Dana :-)

Sunday, 22 February 2009

The House of Crabbs

Czyli o domu pelnym Krabow...
It's sooo nice to be popular! In the last days I have been greeting a chain of visitors, travelling from afar like Wise Men, to welcome Me and pay Me attention. Lovely. I was delighted to meet Granny Shirley, Grandad Phil, Aunty Siobhan, Uncle Paul (seemed quite familiar ;-)) and my Cousin Liam. I was doing my best to show them a good time and assure they have enough excitement, so upon their arrival I decided to develop full side-effects of freshly received jabs - fever, graceful whinging, diarrhoea and colic. For some reason Mom was running around with madness in her eyes as if she couldn't understand it was a well planned performance so that everybody remembers Me better... Apart from Mom - all the other Crabbs presented stoic understanding of the situation and peacefully continued their visit, adapting to the emergency plan of 'Guest, cook your own dinner and entertain yourself'. Eventually I did get better and was able to accompany everyone in the walks around the wintery housing estate and into the forest (which I vaguely remember though due to the shaking of my brain on the bumpy road ;-)).
I have fond memories of the visit - hours spent being sleepy-floppy in Granny's arms, being tickled and stroked by Grandad, carried and held by Aunty Siobhan and looked after by Uncle Paul (concerned about the bare bulbs - my parents contemporary industrial look of the living room - and the future of my eyes...). I was also delighted to meet Liam, my cousin who melted my heart by continually asking 'Can I touch her hand please?'.

Ach jak milo byc lubianym. Ostatnie dni minely mi na zabawianiu licznych gosci, ktorzy niczym Trzej Krolowie przybyli z daleka powitac mnie i zajmowac sie Moja Osoba. Cudownie. Z radosica poznalam Babcie Shirley, Dziadka Phila, Ciocie Siobhan, Wujka Paula (wydal mi sie znajomy ;-)) i Kuzyna Liama. Postanowilam pokazac im sie z jak najlepszej strony i zapewnic odpowiednia doze wrazen, wiec w dniu ich przybycia zaprezentowalam pelna game skutkow ubocznych swiezo otrzymanych szczepionek - goraczke, wdzieczne marudzenie, biegunke oraz kolke. Z jakiegos powodu Mama biegala z szalenstwem w oku, jakby nie rozumiala, ze to byl dobrze zaplanowany show, aby wszyscy lepiej mnie zapamietali... Poza Mama - wszystkie obecne Kraby zaprezentowaly stoickie zrozumienie sytuacji i spokojnie kontynuowaly wizyte szybko adaptujac sie do planu awaryjnego pod haslem 'Gosciu, obiad ugotuj sam a potem zajmij sie soba' ;-). W koncu mi sie jednak polepszylo i moglam towarzyszyc innym w spacerach po zimowym osiedlu oraz po lesie (ktorego niestety nie pamietam zbyt dobrze ze wzgledu na wstrzas mozgu ktory towarzyszyl jezdzie po wertepach ;-))
Mam wiec wspaniale wspomnienia z tej wizyty - godziny spedzone na spaniu z pelnym zwiotczeniem czlonkow w ramionach Babci Shirley, laskotki Dziadka, noszenie i tulenie Cioci Siobhan oraz troske Wujka Paula (wyrazajacego obawe o moj wzrok w kontekscie industrialnych lamp w salonie Mamy i Taty - nowoczesny design - gola zarowka). Bardzo sie tez ciesze, ze poznalam kuzyna Liama, ktory zlapal mnie za serce wielokrotnie powtarzanym pytaniem 'A czy ja moge dotknac Jej raczke?'.