Sunday, 22 February 2009

The House of Crabbs

Czyli o domu pelnym Krabow...
It's sooo nice to be popular! In the last days I have been greeting a chain of visitors, travelling from afar like Wise Men, to welcome Me and pay Me attention. Lovely. I was delighted to meet Granny Shirley, Grandad Phil, Aunty Siobhan, Uncle Paul (seemed quite familiar ;-)) and my Cousin Liam. I was doing my best to show them a good time and assure they have enough excitement, so upon their arrival I decided to develop full side-effects of freshly received jabs - fever, graceful whinging, diarrhoea and colic. For some reason Mom was running around with madness in her eyes as if she couldn't understand it was a well planned performance so that everybody remembers Me better... Apart from Mom - all the other Crabbs presented stoic understanding of the situation and peacefully continued their visit, adapting to the emergency plan of 'Guest, cook your own dinner and entertain yourself'. Eventually I did get better and was able to accompany everyone in the walks around the wintery housing estate and into the forest (which I vaguely remember though due to the shaking of my brain on the bumpy road ;-)).
I have fond memories of the visit - hours spent being sleepy-floppy in Granny's arms, being tickled and stroked by Grandad, carried and held by Aunty Siobhan and looked after by Uncle Paul (concerned about the bare bulbs - my parents contemporary industrial look of the living room - and the future of my eyes...). I was also delighted to meet Liam, my cousin who melted my heart by continually asking 'Can I touch her hand please?'.

Ach jak milo byc lubianym. Ostatnie dni minely mi na zabawianiu licznych gosci, ktorzy niczym Trzej Krolowie przybyli z daleka powitac mnie i zajmowac sie Moja Osoba. Cudownie. Z radosica poznalam Babcie Shirley, Dziadka Phila, Ciocie Siobhan, Wujka Paula (wydal mi sie znajomy ;-)) i Kuzyna Liama. Postanowilam pokazac im sie z jak najlepszej strony i zapewnic odpowiednia doze wrazen, wiec w dniu ich przybycia zaprezentowalam pelna game skutkow ubocznych swiezo otrzymanych szczepionek - goraczke, wdzieczne marudzenie, biegunke oraz kolke. Z jakiegos powodu Mama biegala z szalenstwem w oku, jakby nie rozumiala, ze to byl dobrze zaplanowany show, aby wszyscy lepiej mnie zapamietali... Poza Mama - wszystkie obecne Kraby zaprezentowaly stoickie zrozumienie sytuacji i spokojnie kontynuowaly wizyte szybko adaptujac sie do planu awaryjnego pod haslem 'Gosciu, obiad ugotuj sam a potem zajmij sie soba' ;-). W koncu mi sie jednak polepszylo i moglam towarzyszyc innym w spacerach po zimowym osiedlu oraz po lesie (ktorego niestety nie pamietam zbyt dobrze ze wzgledu na wstrzas mozgu ktory towarzyszyl jezdzie po wertepach ;-))
Mam wiec wspaniale wspomnienia z tej wizyty - godziny spedzone na spaniu z pelnym zwiotczeniem czlonkow w ramionach Babci Shirley, laskotki Dziadka, noszenie i tulenie Cioci Siobhan oraz troske Wujka Paula (wyrazajacego obawe o moj wzrok w kontekscie industrialnych lamp w salonie Mamy i Taty - nowoczesny design - gola zarowka). Bardzo sie tez ciesze, ze poznalam kuzyna Liama, ktory zlapal mnie za serce wielokrotnie powtarzanym pytaniem 'A czy ja moge dotknac Jej raczke?'.

No comments:

Post a Comment