Monday, 15 December 2008

My private Guantanamo...

Czyli moje własne Guantanamo...


Not everything in life is all roses. Some of it comes more in a yellowish shade... And so came my jaundice on day 4... Some of the doctors didn't show appreciation to the orangy shade of my complexion - I would rather call it slightly tinted alabaster, but there you go... I was put under the UV lamp next to my Mom's bed for two consecutive nights which caused my Mom a lot of stress and gave Dad a chance to take some "out-of-space" shots of me. To be honest - it wasn't all soooo bad. The first night I could say I almost enjoyed it. Treated it as a nice holiday on a Bahama beach, arms under my head, body sizzling nicely in the warmth. The second night wasn't all that nice and exciting but let's draw a veil of silence over it... It did the job but left me with a nick name of Hannah-Banana :-)


Nie wszystko w życiu jest usłane różami. Czasami zamiast barw różowych - przybiera odcień bardziej żółtawy... Tak też wyglądała żółtaczka, która nawiedziła mnie czwartego dnia. Lekarze nie okazali zachwytu na widok mojej pomarańczowawej cery - no... dla ścisłości - ja bym ją określiła jako morelowy alabaster, ale z nimi nie pogadasz... Ulokowano mnie obok łóżka Mamy pod lampą UV na dwie nocki. Wywołało to silny stres u Mamy, za to Tacie dało sposobność do zrobienia mi fotek nie z tej ziemi. Szczerze mówiąc - nie było tak strasznie i pierwszej nocy prawie mi się podobało ("prawie" robi jednak różnicę...) Potraktowałam to jako wakacje na plaży na Bahama - z upodobaniem smażyłam w cieple swoje ciałko, założywszy ramiona pod głowę. Drugiej nocy już nie było tak fajnie, ale na to spuśćmy zasłonę milczenia... Ważne że zadziałało, a mnie pozostawiło przydomek Hannah-Banana :-)

No comments:

Post a Comment