Wednesday, 16 December 2009

Hannah No. 1

Hania No. 1


Sooo... I'm not an infant anymore! I'd say I'm a young adult.
My adulthood was recently celebrated with friends and relatives. If I was to describe the experience with one word - it would be bewilderment. I spent most of the afternoon and evening with bewildered look on my face, trying to work out what was going on. First there was a crowd of people turning up and being very friendly with me. Slightly frightening.
Then I was being offered a whole range of goods that I'd never seen before and wasn't quite sure what to do with them (the feeling very quikly overcome though ;-)).
And finally I was confronted with a cake and a candle, and completely oblivious to what was expected of me (despite Mum's great efforts a day before to train me in blowing).
All in all - it was very nice 3 days of celebrations and now I'm delighting myself with numerous presents that I can enjoy in peace and quiet :)

Tak wiec nie jestem juz niemowleciem! Okreslilabym siebie wrecz jako mloda dorosla. Moja doroslosc byla ostatnio swietowana w gronie krewnych i znajomych. Jesli mialabym opisac to doswiadczenie jednym slowem - to byloby to zdumienie. Spedzilam popoludnie i wieczor ze zdumieniem wypisanym na twarzy, usilnie probujac ustalic o co chodzi. Najpierw pojawil sie u nas tlum ludzi, ktorzy byli bardzo przyjaznie usposobieni. Troche to bylo przerazajace. Potem zaoferowano mi szeroki wachlarz dobr wszelakich, ktorych nie widzialam wczesniej na oczy i nie bardzo bylam pewna co z nimi zrobic (to uczucie jednak dosc szybko opanowalam ;-)) Na koniec skonfrontowano mnie z tortem ze swieczka, no i tutaj ponownie nie mialam pojecia czego sie ode mnie oczekuje (pomimo usilnych wysilkow mamy, zeby nauczyc mnie dmuchac w przeddzien imprezy). Tak czy inaczej - 3 dni uroczystosci wspaniale mi minely, a teraz czerpie rozkosz z licznych prezentow, ktorymi moge sie nacieszyc w ciszy i spokoju :)

Thursday, 10 December 2009

Helter-Skelter

Poszly konie po betonie


Practice makes the master!
Praktyka czyni mistrza!




Tuesday, 8 December 2009

Role modelling...

O modelowaniu rol zyciowych...


Mum is hoping that if she exposes me enough to housework, I will learn to love it. And that she will somehow be off the hook! So, like a little Cinderella, I spent my days cooking, washing, cleaning and generally running errands for the whole family.

Mama ma cicha nadzieje, ze jesli wystarczajaco czesto bedzie wlaczac mnie w prace domowe, to z czasem je pokocham. I ze jakims sposobem dzieki temu ona bedzie miala spokoj! Tak wiec niczym maly Kopciuszek spedzam dnie gotujac, piorac, czyszczac i generalnie zalatwiajac sprawunki calej rodziny.




Corka Maliniaka? ;-)


Maliniak's daughter? (reference to an old Polish comedy series)

Sunday, 22 November 2009

Liamy and I

Liamy i ja


Liam and I are great pals! I visited my cousin in the UK and we had grand time together. We were great companions and shared everything: toys (especially the magnet board), food (or rather making faces and blowing raspberries at each other at the table, great fun!) and even a... tummy bug. A good example - that's what I call it! ;-))

Liam i ja się kumplujemy! Odwiedziłam mojego kuzyna w UK i super się razem bawiliśmy. Jako towarzysze doli i niedoli - wszystkim się dzieliliśmy: zabawkami (magnetyczną tablicą w szczególności), jedzeniem (albo raczej robieniem min i prychaniem do siebie przy stole, super zabawa!) oraz... grypą żołądkową ;-) Nie ma to jak dobry przykład ;-))

Wednesday, 18 November 2009

Head deco

Dekoracyjne nakrycia głowy


I have strong hairstyling genes in the family. I follow Mum's example and always pay attention to my hairdo. I also imitate Auntie Kasia's style and make sure that my head deco reflects my soul :-)

Mam mocne geny fryzjerskie w rodzinie. Podążając za przykładem Mamy przykładam dużą wagę do uczesania. Podążając na przykładem Cioci Kasi - dbam o to, aby nakrycie głowy zawsze odzwierciedlało co mi w duszy gra :-)

Tuesday, 17 November 2009

High five to you too!

Przybij piątkę!


Apparently I'm a shameless tart and it's official. I put on a cheesy grin, wrinkle my nose and... look for victims. I especially have developed taste for male part of the population, although I will not spare old women, young women and anyone really... Mom goes hiding when I do my tarty stunt in public. Nothing to do with her - she claims ;-)



Last week I didn't spare Paul & Ania, whom we visited on our UK trip. Kept grinning at Paul until he grinned back. And again and again. Good fun it was!
The visit was very succesfull. Did enough of manic chasing of everyone all over the apartment, and to my delight the whole party moved to the floor level which suited me fine really. Will go there again!



Podobno jest ze mnie bezwstydna zalotnica i tyle. Przybieram wdzięczny uśmiech, marszczę nosek i... szukam ofiary. Szczególnie upodobałam sobie męską część populacji, ale nie odpuszczę też staszym paniom, młodym paniom i właściwie to nikomu... Mama się ukrywa, kiedy odstawiam moje zaloty publicznie. Twierdzi, że nie ma z tym nic wspólnego ;-)


W zeszłym tygodniu nie oszczędziłam Ani i Paula, których odwiedziliśmy podczas naszej wycieczki do UK. Tak długo się szczerzyłam do Paula, aż się wyszczerzył w odpowiedzi. I jeszcze raz i jeszcze raz. Super była zabawa! Wizyta okazała się pełnym sukcesem. Szaleńczo pogoniłam wszystkich po całym mieszkaniu, a na dodatek ku mojej uciesze - impreza przeniosła się do poziomu podłogi, co jakby mi dość odpowiadało. Jeszcze tam sobie pojadę!

Saturday, 31 October 2009

A view of a little Crabby's face happily stuffed with a cucumber. Priceless... ;-)

Widok zadowolonej buzi małego Kraba wypchanej ogórkiem. Bezcenne... ;-)

The Minxiness incarnated ;-)

Rozbójnictwo wcielone ;-)

Wednesday, 30 September 2009

About falling asleep

O zasypianiu


Falling asleep is a tricky business. I have trained up the whole family to do their duties around me when the sleeping time comes. They are expected to do at least one of the following:
- stroke my back
- do the foot massage
- ensure the little fingers sucking (except it's the Mom who's doing the sucking as my face is full of a dummy)
- carry in the wrap (especially when I'm unwell)
- roll me over on the parents bed
- go off-road with the pram
- go off-road in the car... but this is the last of the last resorts...

Zasypianie to ciężka sprawa. Wytrenowałam całą rodzinę w pełnieniu obowiązków około-zasypianiowych. Oczekuję, że będą zwarci i gotowi i kiedy czas nadejdzie - wykonają przynajmniej jedną z następujących czynności:
- głaskanie po pleckach
- zrobienie masażu stopki
- ssanie małych paluszków (z uwagą, że ssaniem zajmuje się Mama, bo moja buzia jest zajęta smoczkiem)
- noszenie w chuście - szczególnie gdy jestem chora

- turlanie się ze mną po łóżku rodziców

- jazda wózkiem po wertepach

- jazda samochodem po wertepach... ale to już ostatnia z ostatnich desek ratuncki...

Friday, 11 September 2009

Been to Hel and back ;-)

Na Hel i z powrotem

We've been to Hel... :-) Or, to be more precise - in Jurata on Hel Peninsula. It was sunny, calm, with empty beaches and cold sea the Brrrrraltic. We had Hel-of-a-time! :-D
We seem to have hit the pensioners' season on spot :) Lots of grannies chatting me up and peeping from above the windbreakers.












It was a proper holiday - fish and chips every day, wafers with whipped cream, lots of sand in the nappy, feet in water (Daddy did the whole body in the Baltic!) and seals/fish/turtles in the oceanarium.

Byliśmy na Helu. A raczej, dla ścisłości - w Juracie na Półwyspie Helskim. Było słonecznie, spokojnie, puste plaże i zimny Brrrrrrałtyk.
Udało nam się trafić w sam środek emeryckiego sezonu :) Mnóstwo babci mnie zagadywało i zerkało znad parawanów. To były prawdziwe wakacje - codziennie rybka i gofry z bitą śmietaną, pełno piachu w pieluchach, nogi w wodzie (Tata zanużył się cały!) i foki/rybki/żółwie w oceanarium.



Saturday, 5 September 2009

About mobility

Coś o mobilności...


I am everywhere! I have to admit that recently I have perfected my mobility skills and I use a vicious combination of different techniques to get me where I want with the speed of light.

I use my oldschool seal-slide when I need to get somewhere quickly and imperceptibly. It is very useful on slippery surfaces - like the wooden floor of the living room or the tiles in the kitchen. This technique I find especially handy when Mom opens the fridge and I have no time to waste to get to it before it gets closed again. So I plunge into a frantic seal-slide and quite often am succesfull!
It also comes in handy when some precision work needs to be done on the floor, like inspecting the contents of Mom's handbag.

My other technique is crawl-on-four. The first few steps were made in Ireland, then forgotten. Then Mom trained me up on the grass in the garden, where the seal-slide was confronted with a strong surface resistance ;-) I had to retreat to more evolutionary sophisticated means of transporting myself :-) Since then - wherever I go - I crawl.

However, I do not crawl very far these days. Due to my newest favourite technique - wobbly on two leggies - I only crawl to the closest vertical surface... Then I switch into a climbing mode and I go up and down and up and down and up and down... Practice makes perfect! I know now how to gently lower my bum, not to go down with a big donk like a sack of potatoes ;) I also know how to keep my head up and squint my eyes in anticipation, when inevitably falling down. I can reach shelf three (counting from the floor level), turn the radio up and down, and climb up 2 stairs.
I would be lying if I said I move on my two leggies with agility and grace... It's rather my top moving, and my bottom being dragged on with the willpower. But my willpower is made of steel!


Wszędzie mnie pełno! Przyznaję bez bicia, że w ostatnim czasie dalece udoskonaliłam swe umiejętności motoryczne i stosuję zabójczą mieszankę technik żeby dotrzeć z prędkością światła tam gdzie dusza zapragnie.

Używam wię old-schoolowej techniki ślizgu-foczki gdy potrzebuję dotrzeć gdzieś szybko i niepostrzeżenie. Jest ona bardzo przydatna na powierzchniach śliskich - jak drewno w salonie lub płytki w kuchni. Technika ta jest wyjątkowo użyteczna gdy Mama otwiera lodówkę - nie mam wtedy ani sekundy do stracenia zanim drzwiczki zamkną się ponownie. Rzucam się więc w szaleńczy ślizg-foczki i nierzadko odnoszę sukcesy! Technika ta jest również przydatna gdy potrzeba wykonać jakąś wysoce precyzyjną pracę na podłodze - typu inspekcja zawartości torebki Mamy.

Moją kolejną techniką jest raczkowanie na czterech łapkach. Pierwsze kilka kroków wykonałam w Irlandii, ale szybko zapomniałam jak to się robi. Potem wyszkoliła mnie Mama na trawie w ogrodzie - tam ślizg-foczki musiał stawić czoła silnemu oporowi podłoża. ;-) Musiałam się więc uciec do bardziej wyszukanych ewolucyjnie form przemieszczania się :-) Od wtedy - gdziekolwiek idę - raczkuję.

Tyle, że ostatnimi czasy nie raczkuję zbyt daleko. Ze względu na moją nową ulubioną technikę - chybotliwie na dwóch nóżkach - raczkuję tylko do najbliższej powierzchni pionowej. Potem przełączam się na tryb wspinania góra, dół, góra, dół, góra, dół... Praktyka czyni mistrza! Umiem już delikatnie obniżyć kuperek, żeby nie rypnąć na podłogę jak worek ziemniaków ;) Wiem też jak trzymać głowę w górze i zmrużyć oczy przewidując nieunikniony upadek. Sięgam też już do trzeciej półki (licząc od podłogi), daję radio ciszej i głośniej (bardzo głośno...) i włażę na dwa schodki.

Kłamałabym twierdząc, że poruszam się na dwóch nogach z lekkością i gracją... Porusza się w bok moja góra, natomiast mój dół jest wleczony siłą woli. Ala wolę to ja mam ze stali! :-)